Gdy chodziłem do zerówki, to po prostu pokochałem malowanie. Każdego dnia mieliśmy zajęcia z plastyki. To był mój najukochańszy przedmiot. Brałem do ręki tylko kredki i blok rysunkowy. Nasza nauczycielka, widząc moje rysunki, bardzo mnie chwaliła, i dziwiła się, ze takie małe dziecko jak ja, potrafi tak ładnie malować. A ja to chyba miałem w genach, bo moja mama była sławną malarką. Gdy malowała, lubiłem siadać obok niej i przyglądać się temu jak i co tworzy. Mamie w ogóle to nie przeszkadzało. W naszym domu wszędzie pełno było sztalug i obrazów. Sztalugi to takie stojaki, na których mama malowała obrazy. Nigdy nie wiedziałem po co mamy w domu aż tak duże ilości sztalug. Mama praktycznie do każdego obrazu, dopasowywała inną sztalugę. Ale wracając do mnie, to zawsze dostawałem najlepsze oceny z plastyki. Nawet nieraz koledzy z klasy prosili mnie bym pomógł im coś namalować. To było bardzo miłe. Czułem się świetnie. Największa przyjemność sprawiało mi malowanie krajobrazów. I na szczęście miałem do tego sporo okazji. Często, razem z nauczycielka wychodziliśmy na dwór, i szliśmy w jakieś niezwykłe miejsca. Tam wyjmowaliśmy nasze bloki i kredki i malowaliśmy to na co mieliśmy ochotę. Malowanie przyrody było wspaniałe. Moje obrazy przeważnie były pełne radości i zieleni. Nie potrafiłem malować smutnych rzeczy. Po prostu swoje szczęście musiałem przelać na blok rysunkowy. Wszystkie moje rysunki składałem w jednej teczce. W ten sposób, mogłem je przeglądać kiedy tylko chciałem. Dziś zawodowo nie zajmuje się malowaniem. Jednak umiejętności artystyczne nadam Mie się przydają, gdyż zostałem projektantem ogrodów. Lecz nadal lubię czasami, wieczorami siąść przed kartka papieru i coś namalować. Również biorę do ręki moje dawne rysunki i wspominam dziecięce czasy.